Miało byś światowo i nowocześnie, wyszło jak zawsze. W połowie sierpnia resort nauki zapowiedział, że zniknie limit zajęć, które w ramach studiów uczelnie mogą prowadzić przez internet. Niestety ministerstwo wycofało się z tej obietnicy - informuje "Dziennik Gazeta Prawna".

Wszystko zatem zostanie po staremu: szkoły wyższe nadal będą mogły prowadzić przez internet maksymalnie 60 proc. zajęć, zaś 40 proc. godzin dydaktycznych studenci odbębnią na terenie uczelni.

Paradoksalnie z takiego rozwiązania ucieszą się pracodawcy. Dowodzili oni, że rozszerzenie możliwości studiowania przez internet zwiększy liczbę absolwentów bez pracy i upowszechni zjawisko "łowców dyplomów". To osoby, które za wszelką cenę chcą zdobyć jak największą liczbę tytułów zawodowych wychodząc z błędnego założenia, że im więcej uczelnianych laurek, tym łatwiej będzie im zdobyć dobrze płatną pracę http://www.uniface.pl/Studia-pr… .

Rozporządzenia ministra nauki i szkolnictwa wyższego z 2 listopada 2011 r. precyzuje ponadto zasady e-learningu. Wirtualne laboratoria będą mieć mogły tylko "charakter wspomagający" - podkreśla "DGP".

Polskim uczelniom spadł zatem kamień z serca. Nie muszą na siłę inwestować w nowe technologie i mogą dalej dowodzić, że nic nie zastąpi wykładów w realu.

Czy e-learning po polsku ma jakikolwiek sens?